Cała sztuka czerpania radości z rodzicielstwa polega na tym, by zaakceptować to życie, które się ma tu i teraz. Z tymi dziećmi i z tym mężem, zamiast żyć idealną wizją, którą stworzyliśmy w swojej głowie- rozmowa z Kasią Kalinowską

Katarzyna Kalinowska, psycholożka, certyfikowana trenerka FamilyLab Polska, nauczycielka Montessori, propagatorka rodzicielstwa bliskości i porozumienia bez przemocy.

Patrycja Juszkat: „Miałam taką wizję, że nigdy nie będę jak moja matka. Nie będę krzyczeć na swoje dzieci, nie będę kłócić się z partnerem. A już na  pewno nie przy dzieciach. Będę ciepła, kochająca, dostępna emocjonalnie. Tymczasem coraz częściej czuję, że zawodzę na całej linii. Nie umiem reagować łagodnie, czuję coraz większą samotność i pustkę w relacji z mężem, regularnie podnoszę głos na dzieci. Dlaczego to wszystko takie trudne?”- pytają często kobiety.

Katarzyna Kalinowska: Kiedyś usłyszałam takie słowa, że cała sztuka czerpania radości z rodzicielstwa polega na tym, by zaakceptować to życie, które się ma tu i teraz. Z tymi dziećmi i z tym mężem, zamiast żyć idealną wizją, którą stworzyliśmy w swojej głowie. I to zdanie w zależności od tego jak je potraktujemy, może być dla nas uwalniające lub nas po prostu wkurzyć i okopać jeszcze bardziej w naszym żalu i oczekiwaniach. Mnie na początku wkurzyło:) I to porządnie, dopóki nie doświadczyłam na sobie różnicy jaką robi w moim podejściu do siebie, ludzi, świata, uznanie, że to mój wybór i moja odpowiedzialność jakim życiem chcę żyć i jaką rolę chcę w nim odgrywać.

Uczciwie przyznałam przed sobą, że narzekanie, szukanie winnego, krytykowanie, zazdroszczenie innym bardziej zielonej trawy w ich ogródku, nakręcanie się w poczuciu winy, paradoksalnie nie dodaje mi energii ani zapału do działania czy wprowadzania zmian, ani nie wspiera mnie w budowaniu ciepłych relacji z córką i z mężem. Natomiast próby, nie ukrywam, że początkowo nieporadne i kanciaste, robienia małych kroków z miejsca, w którym odpowiedziałam sobie wcześniej na pytanie „ok, to co jest dla mnie teraz ważne i jak mogę o to zadbać?„, przynosiły nieoczekiwanie więcej spokoju, energii, jasności, kontaktu w relacjach z bliskimi. A jeszcze lepszym, w sensie uwalniającym, pytaniem, okazało się dla mnie to, które brzmiało: „Co możesz teraz odpuścić?

Dla mnie, osoby w wiecznym pędzie, podkręcanym złością i przekonaniem, że tyle jestem warta, ile się napracuję, to pytanie było dosłownie uziemiające. Sprawiło, że zatrzymałam się w tym szaleńczym biegu donikąd  i zaczęłam, na początku niechętnie i z niedowierzaniem, a potem z coraz większą ulgą w ciele, wykreślać kolejne „niezbędne” pozycje z kalendarze i kolejne rodzicielskie czy małżeńskie oczekiwania z mojej głowy. Od razu zaznaczę, że to był i nadal jest dla mnie proces rozłożony w czasie, przypominający bardziej sinusoidę z głębokimi dołkami, ale i całkiem zacnymi górkami, niż wykres z wciąż wznoszącą się linią. Ta wizja z wykresem i wznosząca się linią utrwala nas w przekonaniu, że jeśli jeszcze trochę bardziej się postaramy, jeszcze tylko troszkę mocniej zaciśniemy zęby i zepniemy pośladki, to znajdziemy się na jej szczycie, dogonimy swój ideał. Tyle tylko, ze ta idealna wizja, choć kusi, woła do siebie i mocno okupuje nasze myśli, ma ten jeden feler, że trudno ją zrealizować w codziennym życiu, które idealne nie jest. Tak samo jak nie ma idealnych rodziców, dzieci, mężów ani żon, są za to ludzie z krwi i kości, którzy są niedoskonali i próbują ogarniać z mniejszym lub większym powodzeniem to nieidealne życie. I wbrew pozorom to nie to nieidealne życie jest trudne w obsłudze, tylko zaakceptowanie tego, że idealna wizja to ułuda.

Patrycja Juszkat: Bywa, że pod naporem piętrzących się trudności coraz bardziej oddalamy się od siebie. Słowa wypowiadane w kłótni ranią dotkliwiej, a ciche dni zdarzają się coraz częściej. Pojawia się decyzja o rozstaniu. Jak opłakać, przeżyć tak wielką żałobę?

Katarzyna Kalinowska: Decyzja o rozstaniu i rozstanie samo w sobie są jednymi z najbardziej stresujących sytuacji, jakich możemy doświadczyć w życiu. Metaforycznie patrząc wygląda to trochę tak, że zamykamy za sobą pewne drzwi, kolejne są przed nami jeszcze zamknięte, często przeżywając żałobę po związku nie jesteśmy w stanie w ogóle ich zobaczyć, a sami stoimy pośrodku zimnego i ciemnego korytarza zastanawiając się co dalej robić.

I to jest wyzwanie, by stojąc na tym korytarzu, w swojej bezradności, frustracji, żalu, niezgodzie, rozpaczy, smutku dać sobie czas na przytulenie tych wszystkich emocji, pobycie z nimi, posłuchanie tego, co nam mają do powiedzenia. To jest wręcz akt odwagi w tej sytuacji, by nie pójść z automatu w działanie, by zagłuszyć te nieprzyjemne emocje, w obawie, że nas zaleją i już nigdy się nie podniesiemy spod ich ciężaru. I oczywiście, to jest często życiowo trudne, by sobie ten czas dać, zwłaszcza kiedy w tle, a nawet na pierwszym planie jest troska o dobro dzieci w tej sytuacji i obawa o to jak ułożyć sobie przyszłość, by one nie oberwały rykoszetem. Tylko mam poczucie, że zminimalizujemy to ryzyko właśnie wtedy, kiedy zamiast na oślep podejmować działanie, często bez sprawdzenia czy to jest w ogóle coś, co jest teraz potrzebne, zatrzymamy się i sprawdzimy sami ze sobą, w co tu i teraz, w tym wrażliwym i kruchym momencie, chcemy się zaangażować, a co możemy odpuścić. I bywa, że danie sobie pozwolenia na opłakanie, uznanie wszystkich swoich emocji towarzyszących rozstaniu, jest tym, czego potrzebujemy najbardziej i co pozwala bez produkowania dodatkowego bólu zaadaptować się do nowej rzeczywistości.

" Decyzja o rozstaniu i rozstanie samo w sobie są jednymi z najbardziej stresujących sytuacji, jakich możemy doświadczyć w życiu. Metaforycznie patrząc wygląda to trochę tak, że zamykamy za sobą pewne drzwi, kolejne są przed nami jeszcze zamknięte, często przeżywając żałobę po związku nie jesteśmy w stanie w ogóle ich zobaczyć, a sami stoimy pośrodku zimnego i ciemnego korytarza zastanawiając się co dalej robić. "
Katarzyna kalinowska
psycholożka, certyfikowana trenerka FamilyLab Polska, propagatorka rodzicielstwa bliskości i porozumienia bez przemocy.

Patrycja Juszkat: Pojawia się nowy związek, nowe nadzieje. A wraz z nimi moje dzieci, dzieci partnera. Być może nasze wspólne. I tak jak w poprzednim związku, wizja zbudowania kochającej, wspierającej rodziny napotykała trudności, tak w tym wyzwania pojawiają się na każdym kroku. Poczucie odrzucenia, które może pojawić się w różnych konfiguracjach, odmienne wizje rodzicielstwa, być może zazdrość. Jak nie stracić w tym samej siebie?

Katarzyna Kalinowska: Odpowiedź na to pytanie łączy mi się z tym, co powiedziałam wcześniej o daniu sobie czasu po rozstaniu z poprzednim partnerem, na opłakanie tego procesu, na sprawdzenie ze sobą co jest dla mnie ważne, w co chce się angażować, a co mogę odpuścić, zaakceptować takie jakie jest. To jest krok, który pozwala z większą świadomością siebie, swoich emocji, potrzeb, granic, wartości wejść w nowy związek i budować go z większą uważnością. To oczywiście nie uchroni nas przed nieuniknionymi tarciami, o których wspominałaś, a które swoją drogą też są potrzebne i są jednym ze źródeł ciepła w rodzinie, pod warunkiem, że skupione są wokół dialogu i prób porozumienia się, jak to pisał Jesper Juul. Jednak myśl o tym, że jestem w takim samym stopniu odpowiedzialna za jakość relacji z partnerem, jak on jest odpowiedzialny za jakość relacji ze mną, pozwala mi podjąć decyzje czy w  trudnych momentach chcę skupić się na pracy nad sobą, swoimi emocjami, przekonaniami czy wolę kierować swoje wysiłki na zmienianie partnera, czy chce szukać i robić więcej tych rzeczy, które tej relacji służą czy wolę szukać winnego.

Wracanie za każdym razem do kontaktu ze swoimi potrzebami i wartościami jest dla mnie tym kompasem, który chroni mnie przed straceniem z oczu samej siebie i tej relacji, którą mam z partnerem czy z dziećmi. Po prostu im bliżej jestem siebie, tym bliżej jest mi do nich.

Patrycja Juszkat: Za czym w głębi serca tęsknimy?

Katarzyna Kalinowska: Często zadaję sobie to pytanie i w zależności od tego, w jakim momencie swojego życia jestem, to wydaje mi się, że tęsknimy za różnymi rzeczami. Dla przykładu, gdy brak mi energii i cierpliwości, to pojawia się we mnie tęsknota za tak niedocenianą, zwłaszcza wśród kobiet potrzebą łatwości, większej współpracy, za byciem częścią wspierającej się społeczności. Jednak, kiedy zagłębiam się w to pytanie i dopuszczę odpowiedzi, które przychodzą nie tylko z poziomu głowy, ale całego ciała, a serca i brzucha zwłaszcza, to pojawia się tęsknota za bezwarunkową akceptacją. Myślę sobie, że ta bezwarunkowa akceptacja jest matką wszystkich naszych potrzeb związanych z tym jak widzimy siebie i relacje z innymi ludźmi, a kiedy tej matki brakuje, to co i rusz odzywają się w nas różne tęsknoty, niezaspokojone potrzeby.

Brak nam zaufania do tego, że swojej wartości nie potrzebujemy udowadniać, że jesteśmy wartościowi z racji tego, że po prostu istniejemy. Z kolei brak tego zaufania powoduje, że wciąż na oślep i często przekraczając siebie, krytykując i obwiniając, próbujemy udowodnić sobie i innym, że coś znaczymy, że się liczymy, że na coś zasługujemy, że jesteśmy w porządku. Nie zauważamy, że to udowadnianie swojej wartości jest ślepą uliczką, bo zawsze na tym naszym obrazku znajdzie się coś, co nie będzie pasować, co będzie można poprawić i udoskonalić, a w ogóle to koleżanka z pracy ma ładniejszy obrazek, a już takiego obrazu jaki ma teściowa, to nigdy nie będę miała. Poruszanie się w tej ślepej uliczce donikąd nie prowadzi, a generuje mnóstwo napięcia, poczucia winy i bezradności.

Dlatego tak ważna jest akceptacja siebie i uznanie, że nasza wartość nie jest czymś, co podlega dyskusji. I chcę, żeby tutaj jasno wybrzmiało, że akceptowanie siebie i zaufanie, że jestem ok, nie oznacza, że teraz siadam, macham na wszystko i wszystkich ręką i pławię się w samozachwycie nad sobą, bo to jest częsta obawa jaka się pojawia w tym temacie.

Akceptowanie siebie to jest uznanie, że robię najlepiej jak potrafię na ten moment, w którym jestem i przy tych zasobach i wiedzy jaką mam. Podejmowanie działań z takiego miejsca pozwala wbrew pozorom brać odpowiedzialność za konsekwencje tych działań i to w dużo efektywniejszy sposób niż gdybyśmy robili to z miejsca obwiniania i krytykowania siebie.

" Myśl o tym, że jestem w takim samym stopniu odpowiedzialna za jakość relacji z partnerem, jak on jest odpowiedzialny za jakość relacji ze mną, pozwala mi podjąć decyzje czy w trudnych momentach chcę skupić się na pracy nad sobą, swoimi emocjami, przekonaniami czy wolę kierować swoje wysiłki na zmienianie partnera, czy chce szukać i robić więcej tych rzeczy, które tej relacji służą czy wolę szukać winnego. "
Katarzyna kalinowska
psycholożka, certyfikowana trenerka FamilyLab Polska, propagatorka rodzicielstwa bliskości i porozumienia bez przemocy.

Patrycja Juszkat: Jaką życiową lekcją mogłabyś podzielić się z Czytelniczkami Pracowni Dobrych Relacji?

Katarzyna Kalinowska: Jest taka jedna lekcja, którą pamiętam szczególnie mocno, bo pomogła mi nie tylko ustawić priorytety w moim życiu, ale stała się też moim wewnętrznym kompasem, który wskazuje właściwą drogę, kiedy rozpędzę się na autostradzie bycia wiecznie zajętą i w niedoczasie lub zapętlę się na rondzie wątpliwości i poczucia winy.

To było ponad rok temu na jednym z warsztatów Asi Chmury, kiedy w jednym z ćwiczeń miałam wyobrazić sobie siebie za dziesięć lat i zobaczyć jak w tej przyszłości wygląda moje życie. Pamiętam, że padło pytanie o to, czy ta osoba, którą jesteśmy w przyszłości, chce nam może coś dać na drogę powrotną, by przypominało nam o tej wizycie. I ja dostałam taki prezent… dostałam zdjęcie oprawione w piękną ramkę, z którego uśmiechali się do mnie moi starsi o dziesięć lat mąż i córka.

Na tym zdjęciu nie było mnie samej i uświadomienie sobie tego faktu było bolesne niczym cios w splot słoneczny. To był moment, gdy poczułam, że rodzina jest w moim życiu wartością deklarowaną, ale nie realizowaną w pełni, na co dzień. Miałam męża i dziecko i jednocześnie nie miałam czasu, energii ani cierpliwości, by spędzać z nimi czas, łapać momenty do uwiecznienia na fotografii, bo większość mojego czasu pochłaniała praca.

Długi i bolesny był dla mnie proces uświadamiania sobie tego, że praca w łatwy i szybki sposób zaspokaja mi potrzeby uznania, współpracy, łatwości, wpływu, bycia braną pod uwagę, o które w rodzinie muszę bardziej zabiegać i nie zawsze zostają one zaspokojone. Potrzebowałam sporo czasu i kilku spektakularnych potknięć po drodze, by znaleźć dla siebie miejsce, w którym czuję, że pomiędzy życiem rodzinnym, a zawodowym panuje większa równowaga.

Ważne jest dla mnie, że ta równowaga nie jest czymś stałym, że jej szukanie to dynamiczny proces i przypomina bardziej surfowanie po falach codzienności niż trzymanie się sztywnego podziału zadań. Bywają niespieszne dni wypełnione uważnością i czułością dla każdego z członków rodziny i bywają też takie dni, kiedy zaginam czasoprzestrzeń i pojemność mojego kalendarza. Tym, co się zmieniło od czasu ćwiczenia ze zdjęciem, jest większa świadomość dotycząca tego, z czego wynikają moje codzienne decyzje i wybory. Sprawdzam czy to, co wybieram, na co się decyduję zbliża mnie czy oddala od moich wartości. Dzięki temu mogę z większą jasnością brać odpowiedzialność za konsekwencje swoich decyzji zamiast zrzucać winę na innych czy czuć się bezradną marionetką rzucaną przez fale. A to z kolei daje mi poczucie mocy i wolności, do którego tyle lat tęskniłam.

Patrycja Juszkat: Czego mogłybyśmy życzyć kobietom, które przechodzą obecnie przez różnego rodzaju życiowe sztormy?

Katarzyna Kalinowska: W momencie, kiedy naszą życiową łódką targają groźne, spienione fale, zalewające raz po raz pokład, a niebo przecinają kolejne błyskawice, trudno jest jednocześnie stać za sterem, nawigować, naciągać liny trzymające maszt i wylewać wodę z łodzi. Taki multitasking przynosi czasem więcej chaosu i napięcia niż sztorm. Dlatego najbardziej chciałabym życzyć nam wszystkim, abyśmy w takich sytuacjach mieli wokół siebie wioskę wsparcia- życzliwych ludzi, którzy wesprą nas w przejściu przez ten życiowy sztorm.

Sama długo nie dostrzegałam wartości w byciu częścią wspólnoty, bo byłam mistrzynią w ogarnianiu wszystkiego samodzielnie i z zaciśniętymi zębami. Jednak życie pokazało mi, że korzystanie ze wsparcia oferowanego przez innych, a nawet proszenie o to wsparcie, co wcześniej było dla mnie nie do pomyślenia, wcale nie jest oznaką słabości i tego, że sobie nie radzę. Na własnej skórze poczułam, że potrzebna jest równowaga pomiędzy niezależnością a współzależnością, przed która tak się broniłam, a dzięki której mam więcej spokoju i lekkości. I to jest dla mnie oznaka czułości dla siebie i odwagi, by poświęcić czas na szukanie tej równowagi.

A skoro jesteśmy przy czułości i odwadze, to są to dla mnie kolejne wartości, którymi gdybym tylko mogła, to obdarowałabym nas wszystkich. Czułość dla swoich niedoskonałości i błędów, odwaga stanięcia po stronie swoich wartości i powiedzenia „nie, dziękuję, to mnie nie wspiera” kolejnym propozycjom, którym częstuje nas pędzący świat, to są takie prezenty, które sama mogłabym dostawać na każde święta.

Patrycja Juszkat: Dziękuję za wartościową rozmowę.